Gdzie nas jeszcze nie było? Na Titanicu. Chociaż niewiele zabrakło (podobno)!

4.6
(9)

Krajniacy od dawien dawna rozjeżdżają się po świecie. Niemcy, Stany Zjednoczone, Azja. Ech – gdzie nas nie było, gdzie nas nie ma! Wyobraź sobie, że o mały włos nie zabrakłoby nas nawet na Titanicu. No, może prawie „nas”, ale szczegółów dowiesz się już z tekstu. Zapraszam na pokład! Cuma odwiązana, odpływamy!

Epic movie

Będziesz się bardzo śmiać, jeśli zapytam, czy kojarzysz ten film?

Wiem, pytanie retoryczne. No bo jak świat długi i szeroki chyba nie ma nikogo, kto by nie znał największego romansu/dramatu końca XX wieku. Amerykański blockbuster to film kultowy. Zdobywca 11 Oscarów podbił serca widzów na całym świecie, w niezwykle widowiskowy sposób opowiadając historię nieszczęśliwej miłości i… niezatapialnego transatlantyku. Do tej pory statek stał się bohaterem niezliczonej liczby opracowań książkowych, prasowych, filmowych i wszelkich innych. Swoje do tego zbioru dorzuciły nawet nasze „Wiadomości Krajeńskie”. A skoro tak, musi istnieć jakiś związek między legendarnym okrętem a Krajną. Ale zanim do niego przejdziemy zachęcam do poczytania na temat historii Titanica i wydarzeń, które rozegrały się na Atlantyku pewnej zimnej, kwietniowej nocy 1912 roku… O – na przykład tutaj.

Przyznam szczerze, że nie miałem w planach przedstawienia Wam tej historii. Zmieniło się to za sprawą pewnego warszawianina, który odezwał się do biblioteki z prośbą o przesłanie mu skanów artykułu Jacka Grabowskiego z 31 numeru „Wiadomości Krajeńskich” z – jak to się ładnie złożyło – 31 lipca 2014 roku. Kopie cyfrowe wysłaliśmy, a w trakcie realizacji zadania ponownie przeczytałem sobie ten tekst. I pomyślałem, że w sumie czemu by nie… Wyzyskam mit Titanica i sentyment do filmu; przejadę się trochę na plecach Rose De Witt i Jacka Dawsona, no i Celine Dion z TĄ piosenką:

Spóźnienie warte dwa życia

Jacek Grabowski opisał w swoim artykule to, co usłyszał od Jana Krawczyka z Tuszkowa. Janowi Krawczykowi opowiadali to pewnie rodzice, a może też bohaterowie tej historii, jego dziadkowie: Wiktoria i Jan Krawczykowie. Oraz dokumenty, które się po dziadkach zachowały.

No to najpierw zerknijmy do gazety. W 1880 roku w Borkach Nizińskich przyszła na świat Wiktoria Bogdan. Dwa lata później w Kamieniu urodził się Jan Krawczyk. Gdyby się ktoś zastanawiał – obydwie miejscowości znajdują się w okolicach Mielca. Jakoś po przekroczeniu dwudziestego roku życia i ona, i on, wyruszyli do Ameryki. Oddzielnie, bo się wtedy jeszcze nie znali. Trafili na siebie dopiero za oceanem. Najwyraźniej przypadli sobie do gustu, skoro ich znajomość skończyła się ślubem udzielonym w kościele pw. św. Stanisława Kostki w Adams w stanie Massachusetts. Było to w roku 1904. Sześć lat później Krawczykowie wrócili do ojczyzny. W 1912 ponownie szykowali się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Pierw mieli wyruszyć do Bremy, gdzie miały na nich czekać bilety na… Titanica! Nie udało im się jednak. Nie dotarli do Bremy; Titanic odpłynął, o losie statku przeczytali w gazecie albo usłyszeli od ludzi.

Gdy młodzi dowiedzieli się o tragedii liniowca, Jan miał na kolanach dziękować małżonce, bo to z jej powodu spóźnili się na pociąg. Zaawansowana ciąża i obawa przed rejsem sprawiły, że Wiktoria została w domu. Ale jej mąż nie zmienił planów i nieco później, bo w czerwcu a nie w kwietniu, wybrał się za wielką wodę. Miało to daleko idące konsekwencje. Po dwóch latach wybuchła bowiem I wojna światowa, przez co Jan został zmuszony zostać w Ameryce znacznie dłużej niż planował. Może to i dobrze, bo gdy w Europie zabijali się na potęgę, on w spokoju ciułał dolary.

Zdjęcie ślubne Wiktorii i Jana Krawczyków / źródło: „Wiadomości Krajeńskie” nr 31/2014

Jan Krawczyk zawitał w rodzinne strony dopiero w 1920 roku. Nie był to już zabór austriacki, lecz niepodległa Polska. Po ośmiu latach gastarbeiterki zobaczył wreszcie żonę oraz dzieci: Franciszka i Józefa. Gdy się z nimi żegnał, Franciszek miał 2 latka, zaś Józef wiercił się jeszcze w brzuchu mamy. Mężczyzna, który przekroczył próg domu, był więc dla nich psychologicznie obcym człowiekiem. Budowanie relacji z najbliższymi musiało trochę potrwać, ale zakończyło się powodzeniem.

Z Galicji na Krajnę

Krawczykowie kupili gospodarstwo w Wielkopolsce, gdzieś koło Poznania. Polska w latach 20. borykała się z wieloma trudnościami, w tym natury gospodarczej. Dolary Jana powinny utrzymywać rodzinę na powierzchni jak kotwica, nie pozwalając na zbyt wiele szalejącym falom hiperinflacji i kryzysów. Stało się jednak inaczej. Trzymane w banku pieniądze przepadły. Krawczykowie musieli zatem sprzedać gospodarstwo i poszukać sobie nowego domu. Padło na Krajnę. Podobno rozważali nabycie kamienicy w Więcborku lub majątku w Ostrówku. Ostatecznie stali się właścicielami gospodarstwa w Toninie. Jak wynika z tekstu, nastąpiło to w 1926 roku.

Jan Krawczyk zmarł pięć lat później. I trzeba przyznać, że była to śmierć niespodziewana i przedwczesna. Kupił on sobie powóz w Nakle. Przed Wielkanocą malował go, aby paradnie zajechać przed kościół. W trakcie tego malowania zabrudził sobie ranę. Wdało się zakażenie, leczenie nie przyniosło rezultatu. Jan Krawczyk, niedoszły pasażer Titanica, zmarł w Wielką Środę. Jego małżonka Wiktoria żyła znacznie dłużej – zmarła w 1961 roku, w wieku ponad 80 lat. Krawczykowie mieli trzech synów (Franciszka, Bolesława i Józefa) oraz córkę Helenę. Józef był ojcem Jana Krawczyka, który o podróżnym szczęściu w nieszczęściu dziadków opowiedział Jackowi Grabowskiemu. Trochę się więc pospieszyłem z przypuszczeniem, że opowieść o rejsie, którego nie było, mogli wnukowi przekazać dziadek z babcią. Babcia może i tak, dziadek zmarł zdecydowanie za wcześnie.

Errata do artykułu

Tyle w tygodniku. Jest tu jednak kilka kwestii, króre można rozwinąć lub należy wyprostować.

W artykule napisano, że Krawczykowie pobrali się w Adams Mass w Massechusetts. Jak już, to było to Adams, Mass. (czyli Adams w stanie Massachusetts). W zapiskach na temat historii tamtejszej parafii pw. św. Stanisława Kostki napisano, że Polacy zaczęli pojawiać się w mieście w 1888 roku. Parafię założono w 1902 roku. Jej pierwszym proboszczem został ks. Kopytkiewicz, który udzielał ślubu Wiktorii i Janowi. Napisałem do biblioteki w Adams z pytaniem o jakiekolwiek informacje na temat Krawczyków. Nie dostałem odpowiedzi, ale napiszę, jeśli ją otrzymam. Może zachował się jakiś ślad po nich? Zobaczymy. Jest za to bardzo prawdopodobne, że Krawczykowie pracowali w tamtejszych przędzalniach.

Fragment aktu ślubu Wiktorii i Jana / źródło: „Wiadomości Krajeńskie” nr 31/2014

Zastanawia mnie również sprawa przepadku pieniędzy Jana Krawczyka. W „Krajeńskich” jest to opisane mało precyzyjnie. Że reforma Grabskiego, że wymiana polskiej marki na złotówki, że cały dorobek przepadł w poznańskim banku… Na moje Jan Krawczyk po prostu został ofiarą kryzysu bankowego z 1925 roku, powiązanego z reformą walutową. Kilka banków zakończyło wtedy swój żywot, co mogło się równać końcowi kapitału na koncie Krawczyka.

I uwaga trzecia, najważniejsza. Dokumenty przedstawione w artykule nie uprawdopodabniają rejsu Titanicem. To znaczy na Polaków może rzeczywiście czekały miejsca w klasie trzeciej. Niczego nie przesądzam. Ale z zamieszczonego w gazecie listu od przewoźnika, firmy Karesz i Stocki, wynika raczej co innego. Jest w nim na przykład mowa o statkach przebywających drogę z Bremy do Ameryki w 7 – 10 dni. Wbrew podpisowi pod dokumentem nie jest on także szyfkartą, czyli biletem na przejazd statkiem oceanicznym. Czy w interesie i w zasięgu możliwości przewoźnika z Bremy byłaby organizacja rejsu Titanicem – z angielskiego Southampton? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Więc kto wie – a nuż piękna rodzinna historia zrodziła się z nadinterpretacji, nieporozumienia lub blagi liczącego na zarobek agenta?

No to ładnie. Zgodnie z tradycją transatlantyku – góra lodowa na horyzoncie. A może wcale nie? Decyzję zostawiam Tobie!


PS Ceterum censeo… Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam Cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej i będziesz postępował zgodnie z instrukcjami:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.6 / 5. Liczba głosów: 9

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!