„Czasem się poopowiada kolegom o piłce, jak ktoś chce posłuchać”. A opowiadać jest o czym!

4.7
(12)

W Katarze mundial, wzięło mnie więc na piłkarskie wspominki. A mam już takie, które są po prostu historią. I dotyczą, jak to u Clio, naszego regionu. Nie będzie to jednak tekst o lokalnych kopaczach. Co to, to nie! Ranga turnieju zobowiązuje. Opowiem o grajku, który o prawo występu na turniejach takich jak ten zażarcie, acz bez powodzenia, rywalizował.

Asnyk zajął nam boisko

Sępólno, osiedle Jana Pawła II. Idąc do rodziców, mijam zbieg ulic Asnyka, Moniuszki i Chopina. Tam, gdzie obecnie biegnie ulica Asnyka, za dzieciaka mieliśmy boisko. To były lata 90., tych boisk na karłowatym wówczas, poszatkowanym osiedlu mieliśmy kilka. Jedno na Wieniawskiego, jedno na Kopernika, na Wyspiańskiego, na placu między Wieniawskiego a Moniuszki też. Oczywiście nie wszystkie na raz, osiedle nie przypominało ośrodka treningowego Barcelony czy Milanu. Do dzisiaj przetrwało ostatnie z wymienionych.

Sępólno, ul. Asnyka – to tu zamienialiśmy się przed laty w Giggsa, Baggio, Weah…

Graliśmy wtedy w korkotrampkach, strzelaliśmy na bramki zbite z desek, naszymi idolami byli zaś Roberto Baggio, Romario, rzadziej – Roman Kosecki czy Piotr Nowak. Piłkarze ofensywni. Obrońcami chyba nikt się nie jarał.

Mieliśmy jednak coś na kształt wyjątku od powyższej reguły. Połowa lat 90. to okres rozkwitu kariery chłopaka z Sępólna, świetnego defensora, Waldemara Jaskulskiego. Jego rodzice mieszkali na ulicy Moniuszki, a zatem na przedłużeniu boiska z ulicy Asnyka. Chociaż niekoniecznie wcielaliśmy się w Jaskulskiego na kartofliskach, które mieliśmy za największe stadiony świata, bardzo szanowaliśmy jego umiejętności i dokonania.

W czerwcu 1995 roku Waldemar Jaskulski był piłkarzem o ustalonej renomie. Stanowił ostoję Pogoni Szczecin, miał już za sobą kilka gier w reprezentacji Polski. I to wtedy właśnie miałem okazję poznać go osobiście. Biało-czerwoni pod koniec miesiąca mieli się sprawdzić w starciu z mistrzami świata, Brazylią. Jaskulski jakoś przed kadrą zawitał do Sępólna, a ja dostałem cynk, żeby odwiedzić go u rodziców na Moniuszki. Pojechałem tam z numerem miesięcznika „Piłka Nożna Plus” i z małą, zabawkową piłeczką – w czasopiśmie i na gadżecie miały się znaleźć autografy naszych „orłów”. Na szczęście wszystko dograno na poziomie starszyzny, bo ja przed obliczem mistrza nie potrafiłem wydusić z siebie nic sensownego.

Jaskulski w Recife

„Piłka Nożna Plus” i piłka nożna „light” poleciały z Waldemarem Jaskulskim do brazylijskiego Recife. Co prawda zmierzyliśmy się wtedy z drugim garniturem mistrzów, niemniej na murawę wyszło wówczas kilku topowych zawodników, w tym Aldair i Dunga. Po zaciętym spotkaniu przegraliśmy z Canarinhos 1:2.

Waldemar Jaskulski w pełni wywiązał się z obietnicy. Po jakimś czasie otrzymałem przekazane mu pamiątki z autografami reprezentantów: Koseckiego, Juskowiaka, Nowaka, Wałdocha, Szczęsnego i innych. W tym – rzecz jasna – Waldemara Jaskulskiego. Gest defensora niezwykle mnie ucieszył; pamiątki z wielką dumą prezentowałem później kumplom. I czułem się przy tym jak ktoś zupełnie wyjątkowy…

Cały mecz można obejrzeć tutaj – klik. A powyżej mamy skrót z You Tube

Mecz z „kanarkami” nie był dla naszego bohatera jedynym występem w biało-czerwonym trykocie. Waldemar Jaskulski stawał przeciw najlepszym. Zagrał przeciw Hiszpanii z Guardiolą i Zubizarretą, przeciw silnym Rumunom z Hagim, przeciw Chorwacji z Jarnim i Prosineckim. Piłkarz uzbierał łącznie kilkanaście spotkań w kadrze. Pewnie byłoby tego więcej, gdyby potrafił dogadać się z selekcjonerem Antonim Piechniczkiem. Cóż, nie potrafił. Mówi się trudno.

Gdy spotkałem się z Waldemarem Jaskulskim, wciąż był piłkarzem Pogoni Szczecin. Ale niebawem jeden z najlepszych obrońców ekstraklasy miał zamienić „Portowców” na mocny łódzki Widzew. Koniarek, Czerwiec, Łapiński, Woźniak, Siadaczka (posiadacz kultowej fryzury z loczkami) oraz Jaskulski – to chyba najbardziej znani futboliści w kadrze klubu, któremu udało się zdobyć mistrzostwo Polski. W kolejnym sezonie Widzew, który zmontował naprawdę super pakę, grał w Lidze Mistrzów. Oj, popisy Citki z tamtego okresu pamiętać musi każdy kibic z mojego pokolenia! Ale Jaskulskiego już wtedy w klubie nie było. Po tym mistrzowskim sezonie trafił bowiem do belgijskiego Standardu Liège.

Kamasze i korki

Sępólnianin karierę miał piękną, chociaż patrząc wstecz ma prawo czuć niedosyt. Niewątpliwie nie pomagały mu ówczesne relacje w demoludzie. Przyjrzyjmy się poszczególnym etapom jego kariery. Po zaledwie roku w barwach Krajny Sępólno (sezon 1984-85), przed Waldemarem Jaskulskim pojawiła się szansa transferu do Chojniczanki Chojnice lub Chemika Bydgoszcz. Piłkarz zdecydował się na klub z Bydgoszczy. I przez następne dwa lata jednocześnie grał i trenował w Chemiku oraz kończył szkołę zawodową w Sępólnie. Prowadził szalony tryb życia – w nocy odbywał praktyki w ciastkarni PSS „Społem” przy Wojska Polskiego w Sępólnie. Rano wsiadał w autobus i jechał na trening do Bydgoszczy. Później wracał do domu, kilka godzin snu – i zrywał się na praktyki. I tak w kółko.

Po dwóch latach upomniała się o niego armia. Tym sposobem obiecujący futbolista wylądował w Chemiku Police – drużynie z III ligi (występował tam w latach 1987-89). Zanim mu jednak było wolno dołączyć do zespołu, musiał przejść sześć tygodni unitarki, czyli podstawowego szkolenia wojskowego. Nie było zmiłuj! Później miał lżej, ale i tak formalnie był żołnierzem i koszary nie były mu obce. Kiedy kończył się okres służby wojskowej, otrzymał propozycję gry w Pogoni Szczecin i Bałtyku Gdynia. Wybrał Szczecin, leżący niedaleko Polic.

Waldemar Jaskulski w dwóch odsłonach – z lewej w koszulce reprezentacji (plakat z „Piłki Nożnej”), z prawej w barwach Standardu Liege / źródło: Internet

Krok do tyłu – krokiem do przodu

Jaskulski z Pogonią awansował do ekstraklasy, w Pogoni wyrobił też sobie markę bardzo dobrego środkowego obrońcy. I to ciekawe, ponieważ wcześniej występował jako pomocnik. To w Szczecinie cofnęli go, z pomocnika jakich wielu robiąc świetnego defensora. Gdy po kilku latach odchodził do Widzewa, był już dojrzałym piłkarzem u progu 30-stki. Jak już wspomniałem, po zdobyciu mistrzostwa Polski w barwach łodzian przeniósł się do Belgii.

O zmianie adresu zadecydowały pieniądze. Sam Jaskulski mówi o tym tak: „W Widzewie zarabiałem trzy razy więcej niż w Pogoni, a w Standardzie dziesięć razy więcej niż w Widzewie.”. Decyzja o wyjeździe nie była więc trudna. Zarobki piłkarzy nie powalały wówczas na kolana, kariera sportowca nie trwa wiecznie – stąd finansowe zabezpieczenie musiało być kluczowym czynnikiem decydującym o planowaniu kariery. Warto tutaj wspomnieć, że wcześniej, jeszcze w Pogoni, o Jaskulskiego dopytywał podobno niemiecki TSV 1860 Monachium. Niestety klub nawet nie poinformował o tym zawodnika…

Początki w Standardzie Liège były obiecujące. Ale jak na złość u zawodnika pojawiły się problemy ze zdrowiem. I to był początek końca. Obrońca po Standardzie pograł jeszcze w drugoligowym belgijskim Tiller, a w Polsce w Radomsku i w Chemiku Police. I trzeba było zawiesić buty na kołku.

Życie po życiu

Gdyby pobawić się w gdybologię, można by się zastanawiać, jak daleko zaszedłby Jaskulski, gdyby przygodę z piłką rozpoczął wcześniej, gdyby nie służba wojskowa, gdyby wraz z Widzewem pograł w Lidze Mistrzów, gdyby szybciej został przekwalifikowany na obrońcę, gdyby Piechniczek się nie obraził, gdyby TSV… Ale po co? Jaskulski się wybił, wypłynął z tej naszej mieściny, osiągnął wiele. Był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa, helloł.

Dla wielu piłkarzy życie po zakończeniu kariery wcale nie jest łatwe. Trudno zwolnić po latach aktywnego trybu życia, trudno odejść od pewnego ustalonego rytmu – trening, mecz, zgrupowanie. No i nie każdy ma pomysł na nowego siebie. Jaskulski próbował ścieżki oczywistej dla każdego piłkarza – był trenerem juniorów w Pogoni, trenował seniorów Chemika Police oraz juniorów i seniorów Victorii Przecław. Ale to był polski futbol. Warunki pracy nie należały do najlepszych i Jaskulski co do zasady dał sobie z piłką spokój.

Pomysły biznesowe – próba otwarcia cukierni w Szczecinie – również nie wypaliły. Oszczędności topniały, sielskiej wizji przyszłości też brakowało. I co się stało? Waldemar Jaskulski – gość, który stawał oko w oko ze Stoiczkowem czy Signorim, który reprezentował swój kraj w najpopularniejszym sporcie świata, poszedł do roboty. Został pracownikiem Grupy Azoty w Policach. W 2020 roku w wywiadzie udzielonym Leszkowi Milewskiemu z portalu weszło.com powiedział: Dziś pracuję w Grupie Azoty w zakładach. Jestem zwykłym pracownikiem od trzynastu lat. Czasem się poopowiada kolegom o piłce, jak ktoś chce posłuchać.

Wiem, że nic nie wiem

Czasem się poopowiada kolegom o piłce, jak ktoś chce posłuchać. Wow. Zaskoczyło mnie to, nawet bardzo. Nie masz wrażenia, że coś tutaj poszło nie tak? Ja miałem! Niby fajnie, że Jaskulski coś robi, że nie popadł w jakąś depresję, niemniej… Podobnej historii spodziewałbym się po jakimś szeregowym grajku, tylko tułającym się po ekstraklasie. Nie po reprezentancie Polski, po futboliście ponadprzeciętnym, sępoleńskiej legendzie. No, ale po chwili oprzytomniałem. Przecież utalentowany sportowiec nie musi być od razu rokującym trenerem czy odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą. A mało to gwiazd i gwiazdeczek skończyło marnie, gdy na dobre zniknęło ze światła stadionowych jupiterów? Tymczasem Waldemar Jaskulski trwa i chyba nie jest mu najgorzej.

Od 1995 roku minęło już 27 lat. Jasny gwint, 27 lat! Boiska od dawna nie ma, o korkotrampkach nikt nie pamięta. Dorobiliśmy się pięknych stadionów, organizacyjnie, finansowo i szkoleniowo podgoniliśmy Zachód. Dzisiaj Jaskulski finansowo z pewnością wycisnąłby z boiska więcej, może przez to by się lepiej ustawił. Sęk w tym, że mówimy o wczoraj, a nawet o przedwczoraj.

I tyle. Została historia pięknej kariery. No i coś, przed czym ciężko uciec – proza życia.

PS Wywiad Milewskiego w weszło.com dostępny tutaj. Czy ktoś zna jakieś opracowanie przybliżające losy futbolowego gminu i elit po zakończeniu karier? Będę wdzięczny za ewentualne podpowiedzi w kwestii lektury, bo bardzo mnie to zagadnienie zaintrygowało.

PS 2 Ceterum censeo… Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam Cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej i będziesz postępował zgodnie z instrukcjami. Dziękuję!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.7 / 5. Liczba głosów: 12

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!