Karp, barszcz i album ze zdjęciami. Dokąd mnie to zaprowadziło?

4.6
(9)

Nie wiem jak u ciebie, ale u mnie Boże Narodzenie to jedno wielkie obżarstwo. Blat ugina się pod masą przepięknie zapakowanych kalorii. I wiesz co? Właśnie biję się z myślami – mimo że od Wigilii minęło trochę czasu, w spiżarni czeka jeszcze sporo poświątecznych ciastek oraz keks. Ten kaloryczny dynamometr nieustannie sprawdza siłę mojej woli. I nie jest źle – ku własnemu zdziwieniu wybieram stukanie w klawiaturę.

Ale nie myśl sobie, że w moim domu święta ograniczają się tylko do przeżyć kulinarnych. Do oblizywania palców. Do niezdrowego rozpychania żołądka. Śpiewamy kolędy, więcej mówimy niż gryziemy i przeżuwamy (mimo wszystko), słowem – socjalizujemy się. Są też więc przeżycia duchowe, jasna sprawa, chociaż w tym roku ta duchowość… No cóż, nie do końca właśnie to sobie wyobrażasz, kiedy jest mowa o Bożym Narodzeniu i duchowości. Zresztą, za chwilę się przekonasz.

Ho, ho, ho, a co my tutaj mamy?

Wydarzyło się to nie w Wigilię, lecz w pierwszy dzień świąt. Na stole zrobiło się wreszcie więcej miejsca. Zjechała rodzina, w tym ta młodsza. Często zbiera nam się wtedy na wspominki. A pamiętasz, a pamiętacie, słuchaj, słuchajcie i tym podobne – zazwyczaj przerywane śmiechem. Bywa, że w trakcie rozmowy na stół wjeżdżają albumy fotograficzne. I tak stało się tego wieczora.

Przeglądałem te fotografie wiele razy, ale wcześniej nie zwracałem na to uwagi. Wiesz jak to jest, prawda? Patrzysz na coś, niby widzisz, aż nagle „klik!” – dostrzegasz coś, co wcześniej jakoś ci umykało. Ja miałem tak z tym zdjęciem.

Teraz zrobi się drastycznie, więc uwaga!

Pomiędzy uśmiechami, portretami i fotkami żywymi, ilustrującymi ludyczność, pojawiło się TO zdjęcie. Plan był prosty: miałem je tutaj wkleić, żeby każdy mógł zobaczyć, o czym mowa. Niestety fotka… zaginęła. Diabeł ją nakrył ogonem. Przejrzałem wszystkie albumy, wypytałem uczestników spotkania. Nic to nie dało. Jedno dobre, że tata kojarzył, o czym mówię. Inaczej byłbym skłonny uwierzyć, że sobie tę fotografię wymyśliłem.

OK, więc co widziałem? Ciężko powiedzieć, ale to chyba lata 60. Żałoba. Strata. Śmierć. Dziecko wystawione na widok. Odświętnie ubrane, oczy zamknięte, brzuszek wzdęty. Leżące może w trumience, może na poduszce, pośród kwiatów. Pochyla się nad nim troje starszych ludzi. To nie jest fajne zdjęcie. Nie uśmiechasz się na jego widok, na jego widok chcesz przewrócić kartę.

Śmierć za zasłoną

Zdałem sobie sprawę, że podobnych fotografii mam w albumach więcej. Są jeszcze zdjęcia dziadka, młodsze o jakieś trzy dekady. Z ciałem jak kukła, z twarzą zapadniętą, jakby spuszczono z niej powietrze, w trumnie wystawionej w pokoju. I w naszym Cyfrowym Archiwum Tradycji Lokalnej też mamy podobne foty. Sam siebie zapytałem wtedy, przy stole: czy dzisiaj robi się takie zdjęcia? Matko, no raczej nie! Dzisiaj zostałoby to uznane za nietakt, za dziwactwo. Kiedyś najwidoczniej było zupełnie inaczej.

Pamiętam pogrzeby, w których uczestniczyłem kiedyś – na przykład pogrzeb wspomnianego dziadka. Pamiętam też pogrzeby z ostatnich lat. I widzę, że śmierć jest w nich coraz mocniej chowana, wygładzana. Nieboszczyk jest czym prędzej zabierany przez zakład pogrzebowy, odpowiednio szykowany, wsadzany do trumny, której już się nie otwiera. W ogóle śmierć – jako coś, co nie mieści się w ramach obowiązującego kultu urody, zdrowia, przyjemności – staje się tematem tabu.

Kondukt pogrzebowy w Lutowie. Z przodu mężczyźni niosący symbole religijne, w tle ksiądz oraz żałobnicy.
Fotografia przedstawiająca kondukt pogrzebowy przechodzący przez Lutowo. Fotografię wykonano w latach 60. / źródło: Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej

Rosół znakiem czasów

Zwróćmy uwagę na coś tak oczywistego jak jedzenie. Spora część spożywanego przez ludzi pokarmu ma wpisane w swoje pochodzenie śmierć i cierpienie. Większość konsumentów produktów mięsnych o tym nie myśli. I trudno mieć o to pretensje. Ich aktywność zaczyna się dopiero przy półce w markecie, kończy na ostatnim kęsie. Nie mają zatem do czynienia z „brzydką” stroną tego biznesu.

Jeszcze niedawno na prowincji wyglądało to zgoła odmiennie – ten łańcuch był dłuższy i nie rozpoczynał się w markecie, lecz w chlewie lub kurniku. Moi rodzice wychowali się na wsi. W świecie ich dzieciństwa gotowanie rosołu nie zaczynało się od wyciągnięcia kostki rosołowej, tylko od wyciągnięcia siekiery. Dla moich rodziców widok kury z obciętą głową, biegającej chaotycznie po podwórzu, nie stanowił traumatycznego przeżycia. Niech dzisiaj świadkiem czegoś takiego zostanie dziecko z miasta. Czujesz to? Efekt: płacz i przerażenie; oczywiście słuszne.

Dzisiaj nawet na wsi – tam, gdzie produkuje się żywność – tej biologicznie fundamentalnej, prostej zasady: „chcesz jeść? – zabij” jest mniej. I żeby była jasność – identycznie było w naszych miastach. Podczas następnego spaceru po centrum Sępólna, Więcborka lub Kamienia zerknij na to, co za fasadami kamienic. Jak myślisz, co zobaczysz? Szopy, graciarnie, warsztaty, ale też – stare kurniki czy chlewy. Mieszkańców miast i wsi nie dzieliła tutaj przepaść, nie było żadnej wielkiej różnicy.

Sępólno Krajeńskie – obecna ulica Hallera widziana od strony kościoła. A z nią – dobudówki, szopy, składziki… / źródło: Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej

Zamiast obrazu lub pukla włosów

Dawniej kontakt ze śmiercią był więc częstszy, bardziej naturalny i bezpośredni. Wracając już do ludzi – przez stulecia dominowały rodziny wielopokoleniowe, śmiertelność była wysoka, jakość i dostępność służby zdrowia pozostawiały wiele do życzenia. Umierały dzieci (często, gęsto), umierali starcy. I działo się to w domu. Dużo śmierci naoglądano się również w trakcie wojen. Widok trupa niespecjalnie szokował, a wątek przemijania i odchodzenia z pewnością nie był wstydliwie spychany na obrzeża.

Jednocześnie pozostawała tęsknota za bliskim. Przez wieki zmarłych unieśmiertelniano między innymi pismem i obrazem. Gdy wynaleziono fotografię, szansa na zachowanie wizerunku zmarłego pojawiła się także wśród mniej zamożnych. Dzisiaj robimy zdjęć na gigabajty, niegdyś uwiecznienie kogoś na błonie światłoczułej lub płytce było trudniejsze i kosztowniejsze. Zdjęć nie wykonywano wiele, zostawiano je na specjalne okazje. Taką stanowiła na przykład śmierć ukochanego dziecka. Kto chciał zachować bliską sobie osobę nie tylko w pamięci, decydował się na zdjęcie: portret, wspólne ujęcie lub uwiecznienie w jakiejś aranżacji. Tak narodziła się fotografia mortualna czy też post mortem.

W moim rodzinnym albumie czy też w zbiorach CATL mamy więc zdjęcia nieboszczyków w trakcie ich ostatniej drogi, gdy leżą w trumnie lub nawet w łóżku. W internecie znajdziesz jednak przykłady daleko bardziej makabrycznych obrazów – oczywiście z perspektywy współczesności. Mam na myśli choćby fotografie martwych, którzy stylizowani są na żyjących.

W Polonie znajdziesz wiele przykładów polskich fotografii pośmiertnych. O samym zwyczaju poczytasz choćby w Tygodniku Powszechnym lub w Histmagu. Zachęcam, jest to bowiem temat i ciekawy, i obszerny, i dosyć zmitologizowany.

Zdjęcie pośmiertne Marii Geiger (1933) / źródło: https://polona.pl/

PS Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.6 / 5. Liczba głosów: 9

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!