Dwie fotografie Zofii Bilskiej

Opowieść Pana Zbigniewa Splitera – I miejsce w konkursie „Opowiedz nam swoją historię”

4.3
(22)

Ze wszystkich prac konkursowych jury wybrało właśnie tę. Jednogłośnie, bez żadnej dyskusji. W naszych domowych archiwach znajdują się pamiątki, które noszą w sobie opowieść. Gdy się postarać – nadstawić ucho, przyłożyć oko – nie jest trudno tę opowieść usłyszeć i zobaczyć. A gdy się w tę opowieść wsłuchać i się jej poddać, rezultatem może być tak piękna historia jak ta, którą przedstawił nam Pan Zbigniew…

O konkursie słów kilka

„Opowiedz nam swoją historię” to konkurs zorganizowany z okazji obchodów 10-lecia Cyfrowego Archiwum Tradycji Lokalnej, działającego w ramach sępoleńskiej biblioteki. Prace konkursowe można było zgłaszać do 19 września. Idea konkursu była prosta – należało wybrać dowolną rzecz ze swojego archiwum rodzinnego (przedmiot, fotografia, dokument) i opowiedzieć ciekawą historię, która się z tą rzeczą wiąże.

Jury konkursu (Pani Grażyna Kędzierska – przewodnicząca, Pani Renata Bukolt, Pan Leszek Skaza – członkowie) zebrało się 27 września, aby wyłonić zwycięzców. Inspiracją dla autorów nadesłanych prac były między innymi: album fotograficzny, książka, umowa kupna ziemi, pocztówka, spinki, listy, paszport… Rzeczy czasami banalne, stanowiące jednak rodzinne skarby, z którymi wiążą się niesamowite opowieści – do tej pory znane wyłącznie wtajemniczonym członkom danej rodziny. Teraz mogą je poznać i Państwo.

Na początek prezentujemy zwycięski tekst Pana Zbigniewa Splitera, inspirowany korespondencją Jego mamy. To wyjątkowa, wzruszająca opowieść utkana na kanwie historii, która wydarzyła się w trakcie II wojny światowej. I nie napiszę już nic więcej z wyjątkiem jednego: gorąco zachęcam do lektury! Nie pożałują Państwo. Podział na numerowane podrozdziały jest mój. W oryginale praca nie jest podzielona.

I

Rodzinny dom. Utrudzona matka, pracująca ponad siły. W półmroku błyszczą jej dobre, ufne oczy, zawsze te same, pełne nadziei i wiary w nadejście radosnych dni. Cyk… Cyk… Cyk. Puk. Puk. Puk. Bzzz, i od nowa, to samo rytmiczne stukanie niewielkiej, tajemniczej maszynki, stojącej na stoliku pod oknem kuchennym, nad którą pochylona śliczna kobieta wprawnym ruchem dłoni przesuwa fragment kobiecej rajstopy nad jeszcze dziwniejszą sterczącą ku górze tubką, podobną na pierwszy rzut oka do tej z opakowania pasty do zębów. Obraz ten towarzyszył nam przez całe życie, a mówiąc ściślej, do dnia utraty wzroku. Mama zajmowała się „łapaniem oczek”, czyli repasacją – z perspektywy wiedzy kilkunastoletniego chłopca zajęciem co najmniej dziwnym, właściwie pozbawionym sensu. Ale właśnie sens życia to na pozór bezsensowne drobiazgi, codzienna krzątanina wokół domu, męża, dzieci oraz wszelkich dóbr, którymi udało nam się obdarzyć innych. A tego dobra z rąk ukochanej mamy doświadczyliśmy bardzo dużo. Starczyło go dla wszystkich. Jesteśmy jej za to niezmiernie wdzięczni. Taką ją znaliśmy i taką ją zapamiętaliśmy.

Miała piękną, spokojną śmierć. Bóg oszczędził jej cierpień, nagradzając długim snem wieczności. Odeszła z tym samym, delikatnym uśmiechem.

II

Jest 2004 rok. Nasz dom stoi jak stał – pusty, jakby zapomniany. Nic się w nim nie zmieniło. Brak tylko rodziców. Odeszli. Pusty dom przywołuje wspomnienia, rodzi jednocześnie pytanie, co z nim zrobić… Zapada wyrok – dom zostanie sprzedany. Nasz dom… trzeba wszystko uporządkować, uprzątnąć zbędne rzeczy, zabezpieczyć dokumenty, pamiątki… Podczas przesuwania stolika, przy którym całe życie pracowała mama, ktoś wyczuwa pod palcami bliżej nieokreślony przedmiot. Przerwa w pracy. Stolik zostaje odwrócony – oczom domowników ukazuje się papierowa paczka przewiązana czerwoną wstążką. Konsternacja. Paczka zostaje powoli otwarta. W środku znajdują się starannie zaadresowane koperty, pochodzące z okresu okupacji. Adresatem jest Zofia Bilska – przecież to nasza mama. Nadawca: Kazimierz Lieske, zam. Września, ul. Słowackiego 19. Listy w całości trafiają do mojej siostry. Według wstępnej oceny nie dają się czytać. Być może znaleziono je w nieodpowiednim czasie i miejscu. Nie ma odważnych do ich studiowania.

Listy do Zofii Bilskiej – fotografie ze zbiorów autora

III

Mijają lata, wszyscy o listach zapomnieli. Leżą spokojnie, dobrze zabezpieczone, skrywające drugie oblicze mamy. Nie pamiętam, co natchnęło mnie, aby po kilkunastu latach wrócić do starej, zapomnianej rodzinnej historii. Postanowiłem poznać tajemnicę wojennej korespondencji dwojga ludzi, której nikt wcześniej nie poznał, o której nie wspomniano w rodzinnych rozmowach.

Jest rok 2019. W ręce trzymam drogocenne „zawiniątko”. Kilkadziesiąt listów, koperty zaadresowane starannym pismem. Coś mi to pismo przypomina. Jeszcze nie wiem, co. Z czasem się dowiem.

Czytam pierwszy list z wypiekami na twarzy; tętno przyspieszone, drżą ręce… wkraczam w życie ukochanej mi osoby, otwieram nową kartę. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy mam moralne prawo to robić? Czy mama by tego chciała? Dlaczego o tych listach nigdy nie wspomniała? Wątpliwości jest więcej. A jeśli zawierają treści, które mogą zaboleć? Które mogą zburzyć dotychczasowy obraz matki? Nikt za mnie nie podejmie tej decyzji. Wkraczam w nieznany dotąd świat. Mam jakieś dziwne przeczucie, że otrzymałem na to przyzwolenie.

Kim zatem był tajemniczy Kazimierz Lieske – nadawca i autor listów? Po mozolnej, długiej i wyczerpującej lekturze wyłania się obraz naszego bohatera. Kazimierz (tak będę go teraz nazywał) pochodził z Wrześni (woj. wielkopolskie). Mieszkał według adresu zwrotnego przy ul. Słowackiego 19. Był wielką, tragiczną miłością mojej mamy. Była to jedna z wielu wojennych miłości, która miała zakończenie znane nam z filmów, książek, czy opowiadań najbliższych. Nie był to happy end. Aby zdobyć więcej informacji, niż zawierała treść listów, postanowiłem pojechać do Wrześni i tam na miejscu pozyskać wiedzę na temat nieznanej historii rodzinnej.

Zofia Bilska – fotografie ze zbiorów autora

IV

Sierpień 2020 roku – Września. Nasz samochód porusza się powoli zatłoczonymi ulicami. Jesteśmy na ulicy Słowackiego 19. Nie ma domku jednorodzinnego z ogrodem, jest za to czteropiętrowy blok mieszkalny. Rozczarowanie – pierwsze niepowodzenie. Okazało się, że w okresie wojny, ze względów bezpieczeństwa, był to adres konspiracyjny, o czym dowiedzieliśmy się później. Skręcamy w prawo, naszym oczom ukazuje się nowy kościół. Zatrzymujemy auto. Od księdza proboszcza dowiadujemy się, że osoby o nazwisku Lieske pochowani są w miejscowości Psary, parę kilometrów za mostem. Ustawiamy nawigację – niespodzianka. Są trzy drogi prowadzące do Psar Małych, Psar Dużych i Psar Królewskich. Decyzja zapada jak w totku, na „chybił trafił”. Po jakimś czasie mamy wrażenie, że jeździmy w kółko. Kolejna decyzja – zjeżdżamy na pobocze. Stoimy przed tablicą informacyjną „Przyborki”. Przeznaczenie, cud, zbieg okoliczności? Jak się później okaże, Przyborki to rodzinna miejscowość Kazimierza. Tu był dom z ogrodem, tu spotykał się z mamą, tu go aresztowano. Ale do tego jeszcze wrócimy. Rozglądamy się wokół siebie – nieopodal widać dom z czerwoną tablicą z napisem „Sołtys”. Okazał się nim młody, sympatyczny człowiek, informujący nas, że miesiąc wcześniej zmarł we wsi Marek Lieske – spóźniliśmy się. Sołtys kieruje nas do sklepu wiejskiego, gdzie sprzedaje pani Jadzia, która „dużo wie”.

To był strzał w dziesiątkę. Sprzedawczyni podaje nam numer posesji, która nas interesuje. Udajemy się pod wskazany adres – nie zastajemy nikogo. Ładna nieruchomość. Nie wiemy jeszcze, gdzie stoimy. Być może jest to miejsce, gdzie chodził Kazimierz z mamą?

Wracamy do pani Jadzi, która daje nam numer telefonu do brata zmarłego Marka – Piotra, mieszkającego we Wrześni. Zdenerwowanie rośnie. Dzwonimy, telefon odbiera żona. Początkowo rozmowa się nie klei, ale ma szczęśliwy koniec. Umawiamy się na spotkanie o godzinie 15:30.

Kazimierz Lieske – fotografie ze zbiorów autora

V

Przybywamy na miejsce spotkania. Domek jednorodzinny. Podchodzimy do drzwi. Dzwonek, a pod nim tabliczka – Piotr Lieske. Nogi drżą. Jest 75 lat po wojnie. Rodzi się pytanie – czy dotarliśmy do miejsca, którego szukamy? Dzwonię – zasycha mi w gardle. Niesamowite przeżycie. Otwiera nam drzwi szczupły, dojrzały mężczyzna. Zaprasza do środka. Przedstawiamy się. Za moment jesteśmy w szoku. Gospodarz oznajmia – „państwo w sprawie Zosi Bilskiej?” (to nazwisko panieńskie mamy). Serce bije jak szalone – skąd wiedział? Jesteśmy we właściwym miejscu. Udało się. Milczeliśmy przez chwilę. Wzruszenie udzieliło się wszystkim. Okazało się, że Piotr to syn Bolesława (brata Kazimierza), który zmarł w 2004 roku – w tym samym, co nasza mama. Kolejny przypadek? Piotr był doskonale zorientowany w historii swojej rodziny. Przybliżył nam mroczne lata okupacji i działalność opozycyjną Kazia i Zosi – mamy, której nigdy o to nie podejrzewaliśmy. Spokojna, cicha, romantyczka i ruch oporu? Dwie sprzeczności.

Na naszych oczach dzieje się historia. Kazimierz, ppor. 68 Pułku Piechoty, komendant Powiatowej Tajnej Organizacji Narodowej, komendant Batalionów Chłopskich Obwodu Września, wydawca konspiracyjnego pisma „Czuwamy”, został zdekonspirowany i aresztowany przez gestapo 3 września 1941 roku. A w grudniu planowany był ślub; miał już kupiony garnitur, wybranka zaś suknię ślubną. Nie było im dane doczekać tej pięknej chwili. Nie spełniły się ich marzenia, którymi przepełnione były pożółkłe stronice zachowanych listów. Skazany na karę śmierci, został stracony przez zgilotynowanie w więzieniu przy ul. Młyńskiej w Poznaniu 6 lipca 1942 roku. Piotr jest w posiadaniu obwieszczenia informującego o śmierci Kazimierza, które pod groźbą kary śmierci zerwał w nocy z jednego z budynków dziadek Władysław. Po co to zrobił? Wiedział, co grozi jemu i jego najbliższym. Nigdy nie dowiemy się prawdy. Władysław Lieske domyślał się, kto zdradził syna. Mówiono w rodzinie o dwóch nazwiskach. Ich bliscy do dzisiaj mieszkają we Wrześni. Nigdy nie dochodził prawdy. Cierpiał w ciszy i samotności.

Albumy fotograficzne otrzymane od rodziny Lieske – fotografie ze zbiorów autora

VI

W godzinach popołudniowych udaliśmy się na cmentarz komunalny, gdzie na grobie rodzinnym znajduje się umocowana kamienna tabliczka upamiętniająca dokonania wojenne ppor. Kazimierza Lieske. Złożyliśmy kwiaty, zapaliliśmy świece. Czułem, jak łzy napływają mi do oczu. I znowu to poznane wcześniej uczucie – jakby ktoś stał obok nas. „To dla Ciebie mamo, znowu możecie być przez chwilę razem” – wyszeptałem cicho. Działo się coś niezwykłego. W pobliskim lesie pięknie śpiewał kos. Zrobiło mi się lżej na sercu.

Piotr pod koniec ubiegłego roku przekazał mi dwa stare albumy ze zdjęciami, które znalazł w trakcie porządkowania pomieszczeń gospodarczych. Nikt ich wcześniej nie widział, ani nie wiedział o ich istnieniu. Leżały w ukryciu kilkadziesiąt lat. Jak zwykle przypadek zdecydował o ich odnalezieniu. Zawierają bezcenne fotografie ilustrujące miłosną opowieść oraz zawiłą przeszłość.

Z odnalezioną rodziną Kazimierza utrzymujemy bliskie i serdeczne kontakty. Czujemy się tak, jakbyśmy znali się od lat. Szczęście się do nas uśmiechnęło.

TO SIĘ NAPRAWDĘ ZDARZYŁO.

Zbigniew Spliter

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.3 / 5. Liczba głosów: 22

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!