Opowieści Pani Elżbiety Gregorich i Pani Moniki Miki – Woźnickiej – II i III miejsce w konkursie „Opowiedz nam swoją historię”

4.8
(5)

Z jednej strony – dramatyczna, wojenna historia, chociaż nie pozbawiona pozytywnego akcentu. Z drugiej – dowód na to, że ciekawa opowieść ani nie musi pochodzić sprzed wieków, ani nie musi wyciskać łez. Dwa pokolenia, dwa różne bagaże życiowych doświadczeń. Innymi słowy: pierwsze i drugie miejsce w konkursie „Opowiedz nam swoją historię”.

Słowem wstępu

Skoro mowa o drugim i trzecim miejscu w konkursie, powinno się również powiedzieć coś o miejscu pierwszym. Idei konkursu oraz zwycięskiej pracy poświęcony jest poprzedni wpis (dostępny do przeczytania tutaj). Zachęcam do lektury!

Drugie miejsce w konkursie przyznano Pani Elżbiecie Gregorich za tekst inspirowany Jej talizmanem – paszportem zmarłego Taty. Pani Elżbieta w swoim świadectwie przenosi nas w mroczne czasy II wojny światowej. I taka też jest jej opowieść… Józef Gregorich, Węgier ożeniony z Polką, ojciec Pani Elżbiety, został zastrzelony przez Niemców, gdy jego córeczka miała 3 latka. Strata taty stanowiła cios, z którym trzeba było nauczyć się żyć, ale który mimo wszystko boli do dzisiaj. Widać to w tekście – żywym, miejscami rwanym, najwidoczniej pisanym drżącą ręką, ze ściśniętym gardłem i wilgotnymi oczyma… Ale i tutaj odnajdziemy dobro. Bo ten paszport to przecież talizman, jak zauważa sama autorka…

Pani Monika Mika – Woźnicka była najmłodszym uczestnikiem konkursu. I to też widać w pracy konkursowej. Opisuje ona wydarzenia z lat 60. biegłego wieku, przelewając na papier historię przygotowań do ślubu dziadków. Historii tej blisko do rozbudowanej anegdoty, co należy traktować jako jej wielką zaletę. Jest to bowiem historia utrwalona ze swadą, z humorem i energią. Przekazywana w rodzinie z pokolenia na pokolenie, doczekała się swojego kronikarza. Bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ praca Pani Moniki pokazuje, że cennymi rodzinnymi pamiątkami, rzeczami łączącymi familię, tworzącymi jej tożsamość, nie muszą być przedmioty związane ze stratą i bólem. Jak widać mogą to być choćby spinki do koszuli – kościec ciepłej, zabawnej, chociaż jednak poważnej (na pewno z perspektywy tamtych dni!) historii.


Mój bohater-talizman: paszport węgierski mojego tatusia – Józefa Gregorich

Rodzice spotkali się w Niemczech w 1938 roku. Tam znaleźli się jako robotnicy wywiezieni ze swoich krajów na przymusowe roboty. Tam się poznali, połączyło ich uczucie.

W grudniu 1938 roku postanowili przyjechać do Polski pobrać się, ponieważ mama była w ciąży, a tatuś był odpowiedzialnym człowiekiem i nie zostawił mamy. W paszporcie, mojej najcenniejszej pamiątce, ma udokumentowany przyjazd.

W lutym wzięli ślub, zamieszkali w miejscowości Ruski Bród. Tatuś za pieniądze oszczędzone w Niemczech kupił domek – drewniany, bo w kieleckiem takie budowano. Kupił też trochę ziemi i tak zaczęli wspólne życie. Nie nacieszyli się nim długo, bo wybuchła wojna, która pokrzyżowała całe ich życiowe plany.

W październiku 1939 roku tatuś został raniony przez hubalczyków, którzy jechali na zgrupowanie do miejscowości Hucisko; było ich siedmiu na koniach. Spotkali tatusia, zapytali o drogę na Hucisko. Tatuś odpowiedział, że nie wie, że nie zna. Mówił niewyraźnym językiem polskim, więc uznali go za szpiega i jeden z żołnierzy strzelił, ranił go w nogę. Tatuś upadł, noga przestrzelona, i leżał tak na poboczu drogi. Znaleźli go sąsiedzi, zanieśli na plebanię. Proboszcz ks. Ptaszyński współpracował z „Hubalem” i pomógł mamie. Zorganizował transport i zawieźli tatusia do szpitala w Borkowicach. Tam leżał 8 tygodni. Ja już byłam na świecie, miałam 3 miesiące. To opowiedziała mi moja mama, ja byłam mała, wiadomo.

Paszport Józefa Gregoricha i jego fotografia – ze zbiorów autorki

Początki mojego „pięknego dzieciństwa”

Rok 1940, lipiec, zostajemy wywiezieni do Niemiec. Jesteśmy tam do sierpnia 1942 roku u rolnika Paula Wiese w Kittlitz, Dorfstrasse 5. 21 sierpnia zjawia się w izbie dwóch Niemców. Jednym strzałem trafili tatusia prosto w serce. Tatuś padł. Dalsze działania żandarmów: jeden wziął tatusia za nogi, drugi za włosy i jedną rękę, i niosą go na łóżko do izby. Ja nie miałam świadomości, co się dzieje; weszłam na łóżko, usiadłam na tatusiu jak na koniku, tatuś leżał na boku. Po chwili zobaczyłam strugi krwi w szparach podłogi. Podłoga była z desek, stąd te szpary.

To wszystko pamiętam, z tym żyję do dziś.

Dalsze momenty, które pamiętam: widzę tatusia w trumnie, stała na podłodze. Pamiętam jak był ubrany. Dalszy moment – jadę na furmance przy trumnie. 3-letnie dziecko na wozie przy trumnie. Mam takie uczucie, że gdyby mnie zaprowadzono na cmentarz, to poszłabym w tym kierunku. Mamy przy mnie nie było. Została wywieziona do więzienia w Cottbus, gdzie przebywała od 27 sierpnia do 25 września 1942 roku (dokumenty PCK).

Tu nastąpiła przerwa w mej pamięci. Jedyne, co zapamiętałam: ciemna, jakby piwniczna izdebka, jedno łóżeczko i osoba ubrana na czarno – prawdopodobnie zakonnica.

Mama po wyjściu z więzienia odebrała mnie z miejsca, gdzie przebywałam, i czym prędzej wyruszyłyśmy do domu, do Polski. Paszport tatusia cały czas był z mamą. Jak ona go przemycała – nie wiem. Dopiero jak zaczęłam chodzić do szkoły, bardzo często płakałam na wspomnienie tatusia. Ale był paszport; jest ze mną do dziś, a mam 83 lata. Jest mi bardzo trudno to wspominać.

Jeszcze kilka zdań, jak znalazłam się w miejscu, w którym mieszkam.

Trwa wojna, styczeń 1945 roku, wyzwolenie. Wioska spalona, między innymi nasz dom (uciekaliśmy przed działaniami katiuszy). Po powrocie zastaliśmy tylko komin. Schroniliśmy się w plebani, ale wrócił proboszcz i trzeba było opuścić komórkę. Przebywało w plebani około 40 osób. Mamę ksiądz zeswatał ze starszym wdowcem z sąsiedniej wsi, która ocalała. On miał domek i mama się zgodziła. Znowu długo nie nacieszyliśmy się.

29 października 1948 roku – jedziemy na zachód, wysiedleni przez rząd polsko-rosyjski. Zostało wysiedlonych 12 wniosek. Na ich miejscu miał powstać poligon radziecki.

Takim to sposobem znalazłem się tutaj, naprzód w Iłowie, a teraz w Kawlach, od 15 września 1976 roku. Paszport tatusia jest również ze mną. PS Rodzinę węgierską odnalazłam, byłam tam w 1965 roku pierwszy raz, jeszcze później 4 razy. Utrzymuję kontakt na Facebooku z dziećmi kuzynów. Oczywiście rodzeństwa tatusia już nie ma. Ale w 1965 roku widziałam się z siostrą i bratem tatusia. To było bardzo wzruszające spotkanie. Paszport tatusia miałam ze sobą i gdziekolwiek jechałam za granicę zabieram ze sobą.  

Elżbieta Gregorich

Mała Elżbieta Gregorich ze swoimi rodzicami – fotografia ze zbiorów autorki

Ślubne detale – praca Pani Moniki Miki – Woźnickiej

Był rok 1968. Dwoje młodych ludzi postanowiło zawrzeć związek małżeński. Przygotowania trwały w najlepsze. Rodzice zajęli się organizacją pożywienia. Rodzice Panny Młodej ubili świnię, przygotowali kotlety, kiełbasy, wszystko co najlepsze, gdyż najmłodsza z córek wychodzi za mąż. Rodzice Pana Młodego sumiennie poszukiwali kapeli, pędzili bimber i wino. Pan Młody za punkt honoru wziął sobie zorganizowanie błyszczących obrączek. Wszystko szło gładko mimo większych trudności z dostępnością niektórych towarów, niż to ma miejsce w dzisiejszych czasach.

Panna Młoda zabrała się za poszukiwania najpiękniejszej kreacji, w której zobaczy ją przyszły mąż. Czasu coraz mniej, zaczynała się bowiem jesień, a ślub zaplanowany był na dzień Bożego Narodzenia. Ślub w święta – narzeczeni nie mogli wybrać sobie lepszej scenerii. Biały śnieg, choinki w kościele, Nowonarodzone Dziecię błogosławi swoją małą rączką młodym, którzy pragną spędzić razem resztę swojego życia. Wesele miało odbyć się w domu Panny Młodej. Jedna izba przeznaczona była na biesiadę przy stołach. Rodzeństwo Panny Młodej zaczęło ustawiać je już dwa dni wcześniej. W tym samym czasie Panna Młoda kompletowała swoje odzienie. Pan Młody również sprawdzał, czy wszystko dopiął na ostatni guzik. Obrączki? Są. Bukiet? Zamówiony. Garnitur? Jest. Pan Młody nigdzie nie ruszał się bez zegarka. W dniu ślubu zatem nie mogło i jego zabraknąć, a jakże. Wyczyścił go najlepiej, jak potrafił. Błyszczał się jak nigdy wcześniej. W końcu będzie widoczny na pierwszy rzut oka – bo to zegarek na łańcuszku, zawsze dostępny pod ręką. Świecił się wiec z daleka, prawie że drogę wieczorową porą mógłby oświetlić!

Do ślubu pozostały dwa dni. Pan Młody postanowił ubrać garnitur i w pełnej okazałości pokazać się swojej matce. Założył wiec koszulę, spodnie, kamizelkę. Do kamizelki dopiął swój ukochany zegarek. Chciał zakładać marynarkę, lecz przedtem należałoby zapiąć koszulę. I tu nagle pojawił się problem… „Zapomniałem kupić spinek do mankietów!” – pomyślał spanikowany narzeczony. „I co teraz? I co teraz?” – zaczął biegać w garniturze po mieszkaniu. „Szybko, szybko Edek, myśl, kto mógłby ci takie spinki na szybko pożyczyć” – w głowie trwała gonitwa myśli. Myślał, myślał i nic nie wymyślił. Wnet mama weszła do domu i pyta go, co taki nerwowy. Myślała, że ślubu się przestraszył i chciał uciec sprzed ołtarza. Nakazała mu zdjąć garnitur, żeby nie uszkodził, bo nowy i jak będzie wyglądał w dniu ślubu pognieciony albo podarty. Nie wpadł im do głowy nikt, kto mógłby takowe spinki posiadać. Decyzja więc była szybka – Pan Młody pobiegł do swojego zakładu pracy i ubłagał szefa o pożyczenie samochodu. W jego miejscowości spinek w żadnym sklepie nie znalazł – a obszedł wszystkie możliwe, nawet spożywcze. Trzeba było szukać dalej.

Szef bez wahania zgodził się pożyczyć samochód, a w ramach prezentu nie oczekiwał żadnej zapłaty. Życzył jedynie pomyślności, żeby z wymarzonymi spinkami wrócić do domu i ukochanej pokazać się, jak tylko najlepiej potrafi. Najbliższa większa miejscowość? Chojnice! Pan Młody zabrał swojego brata i pognali tam czym prędzej. Chodzili, szukali, błagali. Spinek w całym mieście brak. Minął cały dzień. Panowie wrócili do domu z pustymi rękami. Mama w tym czasie spodziewając się, że z zakupem może być problem, własnoręcznie zrobiła spinki do koszuli z drutu miedzianego. Może nie należały do najpiękniejszych, ale można było zapiać nimi koszulę.

Pan Młody niepocieszony po całym dniu poszukiwań poszedł spać. Następnego dnia rano poprosił rodziców i rodzeństwo o zastąpienie go w przygotowaniach do ślubu i do świąt. Tego dnia była Wigilia. Wsiadł w samochód po raz drugi. Tym razem obrał sobie za cel jeszcze większe miasto – Bydgoszcz. Był zdesperowany, bo chciał wyglądać porządnie w najważniejszym dniu swojego życia. Zaczęły się poszukiwana sklepów, w których mogłyby takie spinki się znajdować. Miasto obce, wiec trzeba było pytać ludzi, żeby się zorientować, gdzie się jest. Jakaś miła starsza Pani pokierowała do miejsca, w którym, nie obiecując, takie spinki mogłyby się znaleźć. Edek zrezygnowany i niepewny wszedł do tego sklepu. Podszedł zdenerwowany a zarazem przestraszony do lady, zapytał ekspedientki i… Tak! Powiedziała, że mają spinki do koszuli! Pozostała ostatnia para, bo na święta było nimi duże zainteresowanie. „Wie pan – prezenty, śluby, bardzo dużo ludzi ślub w święta bierze i te spinki to idą jak woda”. Narzeczony opowiedział Pani o swoich perypetiach, a w międzyczasie Pani wyjęła spod lady przepiękne zielone spinki. W oczach Edka pojawiły się łzy szczęścia. W tym momencie był w stanie zapłacić każdą cenę za tą małą rzecz. Dumny wyszedł ze sklepu i wrócił do domu.

Zegarek i spinki Pana Młodego – fotografie autorki

W momencie przekroczenia progu domu dotarło do niego, że zapomniał o zjedzeniu czegokolwiek, i że jest głodny jak nigdy przedtem. Zjadłby przysłowiowego konia z kopytami. W domu nie było nikogo, wszyscy byli zajęci przygotowaniami wesela w domu Panny Młodej. Narzeczony zatem wyjadł wszystko, co było na wierzchu. Jak się później okazało, były to potrawy przygotowane na kolację wigilijną. Pojechał oddać samochód szefowi i szczęśliwy pobiegł wziąć udział w szykowaniu mieszkania do wesela. Wigilia miała się odbyć po raz ostatni osobno. Wszyscy ze strony Pana Młodego powrócili więc do domu. W momencie odgrzewania i wykładania dań wigilijnych na stół mama Edka zorientowała się, ze nie ma połowy karpia. „Cóż to, koty zjadły?” Nie ma też sporej części sałatki i świeżo pieczonego chleba. Można sobie wyobrazić minę wszystkich. To głodny poszukiwacz spinek pozbawił ich sporej części niektórych potraw. No cóż, trzeba było zadowolić się tym, co pozostało. W końcu to ostatnie kawalerskie święta syna.

O czym myśleli podczas Wigilii przyszli małżonkowie? Czy byli zdenerwowani, niepewni? Tego nie wiem, nigdy nie mówili o swoich obawach. Wiem natomiast na pewno, że ich ubrania ślubne były przygotowane najbardziej starannie, jak tylko mogły być. Historii poszukiwania spinek do ślubu nie zapomną nigdy; jest ona przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie, zresztą jak te spinki. Kto wie, może jeszcze kiedyś komuś oszczędzą stresu związanego z poszukiwaniem na ostatnią minutę detali ślubnych? Jeśli nie wnuk, to może prawnuk postanowi pójść do ślubu w zdobytych przez pradziadka spinkach? Szkoda, że spinki stworzone z drucika miedzianego przez moją prababcię nie zachowały się w rodzinie na pamiątkę. Mogły wyglądać ciekawie i na pewno były bardzo oryginalne i niepowtarzalne.

Monika Mika – Woźnicka

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.8 / 5. Liczba głosów: 5

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!