Stefcia – postać z krwi i kości. Z twarzą…

4.7
(9)

…Marilyn Monroe? 😉 Ha, może i tak! Dojdziemy do tego wątku, ale po kolei. Wytrzymaj.

Więc na początek – cześć! Fajnie, że tutaj jesteś. Jeśli to kolejny raz, pewnie pamiętasz. Lecz jeśli to pierwsze odwiedziny – zerknij proszę tutaj. Bo zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią – ja chcę jeszcze trochę o Stefci. Będzie sequel. Ewentualne pretensje kierować proszę do Roberta Lidy 😉

Stefcia, Stefcia, Stefcia

Oj, Stefcia, Stefcia, Stefcia…

Tak, wyglądam teraz jak pewien wieszcz w byronicznej pozie, na Judahu skale. Rozmarzyłem się, fakt, bo Stefcia to jednak wyjątkowa historia… Przecież pamiętasz swoje lekcje historii, prawda? Każdy pamięta, zresztą wielu to w szkole pierwszy raz ma z nią do czynienia, a szkolne doświadczenia często rzutują na stosunek do dziedziny już w wieku dojrzałym. A więc: daty, miejsca, fakty. Dzieje państw i cywilizacji, wielkie syntezy, wydarzenia i idee, które decydowały o losach całego świata. Historii konkretnych ludzi – everymanów, mogących wzbudzić emocje – tyle, co kot napłakał. Stanowczo zbyt często były to lekcje na flaku, nie na fleku. Jakby opowiadano tę historię w Excelu – i to wszędzie: w klasach, w książkach, w rozmowach.

Stanowczo zbyt mało było w tym wszystkim prób poruszenia cię, zaskoczenia, pobudzenia twojego układu limbicznego. Zbyt mało było odniesień do twojej wiedzy i doświadczeń, do treści i konkretnych osób, które chciałoby się lepiej poznać. I polubić bądź nie – a w każdym razie jakoś się do nich ustosunkować sercem.

Portret Mickiewicza pędzla Walentego Wańkowicza. Na Judahu skale. / źródło: wikipedia.org

Niektóre treści, wątki, zagadnienia nie są sexy. Trudniej im przykuć uwagę. A przecież o wiele łatwiej opowiada się historię, przedstawia się te jej trudniejsze oblicza, jeżeli bohaterem jest człowiek. Trąbią o tym wszystkie poradniki storytellingu. Jesteśmy słuchaczami i podglądaczami, kochamy poznawać historie innych ludzi. Może nam to pomóc w przemycaniu tego, co bywa mało interesujące, słabo przyswajalne. I to na każdym szczeblu: od „podręcznikowego” po lokalny.

Szczęśliwie mamy w zbiorach archiwum materiały, które pozwalają nam badać i prezentować historię konkretnych osób. Mam na myśli na przykład kolekcje Pawła Kalinowskiego, Andrzeja Komierowskiego czy Kasprowiczów. Fotografie, dokumenty urzędowe, życzenia, korespondencja – to budulec, z którego jesteśmy w stanie stworzyć naprawdę ciekawe opowieści. Ale może być jeszcze lepiej. Możemy złapać Pana Boga za nogi. Dzieje się tak, kiedy dysponujemy samograjem: rozbudowaną kolekcją z egodokumentami, czyli piśmiennictwem prywatnym, piśmiennictwem w pierwszej osobie (reprezentowanym przykładowo przez listy lub pamiętniki). U nas takim samograjem jest kolekcja wspomnianego Andrzeja Komierowskiego. I w ten nurt wpisuje się też w pewnym stopniu Stefcia.

Stefcia nie tylko z ego

Dostęp do egodokumentów pozwala opowiadać czyjąś historię nieco inaczej: subtelniej, intymniej, pełniej. Egodokumenty są jednym wielkim odciskiem palca, jedną wielką otwartą bramą do umysłu piszącego, trochę takimi niekoniecznie uświadomionymi płytkami z Pioneerów. Styl wypowiedzi, zasób leksykalny, światopogląd, bieżąca kondycja, słowem – to, co jest ego, co jest osobiste – mamy tutaj podane na tacy. Niestety w bibliotece brakuje nam źródeł tego typu. Dlatego tak cenię kolekcję Andrzeja Komierowskiego. Dlatego w poszukiwaniu osobistych, pełnokrwistych historii zaczytuję się w starych gazetach. I dlatego tak się cieszę, że znalazłem Stefcię.

Egodokumenty dają potężne możliwości. Na ich podstawie przygotowaliśmy wystawę poświęconą Andrzejowi Komierowskiemu. / źródło: materiały własne

Poza tym to fascynujące, że po latach ktoś wygrzebuje i bierze na warsztat czyjąś zapomnianą historię. Jest coś magicznego w tym, że los przecina ścieżki osób, które żyły w innych epokach. Że jakaś niewinna korespondencja rośnie, że jej pierwotne znaczenie się zmienia – i że staje się źródłem historycznym, zarzewiem opowieści. Wyobraź to sobie: jakież wielkie oczy zrobiłaby Stefcia, gdyby usłyszała, że uczynię z tych prasowych urywków coś na kształt opowieści!

A pomyśl jeszcze o tych wszystkich ludziach, którzy zamieszkiwali kamienicę przy Hallera 3 od momentu, gdy wprowadził się tam pierwszy lokator. Ilu ich musiało być! Ile nóg wycierało stopnie schodów, ile rąk wycierało poręcz? Kurczę, te ściany musiały tyle widzieć… I fascynujące jest również to, że masz szansę poznać jedną z tych osób. Wysłuchać jej, wejść w jakąś relację, lepiej ja poznać.

Znamy matkę?

Co wiemy o Stefci? Bezsprzecznie to, że mieszkała w Inowrocławiu i Sępólnie, że czytała „Jlustrację Polską”. Skoro czytała „Jlustrację”, pewnie była ciekawa świata, pewnie pochodziła z lepiej sytuowanej rodziny, chociaż pytania o zamianę nagród książkowych na prenumeratę czasopisma mogą sugerować, że nie z rodziny zamożnej. Jej matka mogła pracować jako księgowa w hurtowni tytoniowej. W 1935 roku gazety informowały bowiem o próbie rabunku, którego ofiarą miała paść Wanda Komorowska:

Notka z informacją o napadzie. / źródło: „Dzień Pomorski” 281/1935
Inna notka z informacją o napadzie. / źródło: „Gazeta Sępoleńska” 96/1935

Mamy jednak tylko nazwisko i stanowisko. Mało. Próby zdobycia większej ilości informacji na temat Komorowskich nie przyniosły zadowalającego rezultatu. W księdze adresowej Sępólna z lat 20. nie ma nikogo o tym nazwisku. Jak na złość kronika szkolna z drugiej połowy lat 30. jest w złym stanie, miejscami wręcz nieczytelna. Przewertowałem też trochę wcześniejszych numerów „Jlustracji”, niemniej – wbrew uzasadnionemu przypuszczeniu – nie natrafiłem na ślad dziewczynki.

Z twarzą Marilyn?

Przejrzałem także dostępne mi zdjęcia klasowe. Miałem nadzieję, że ją zobaczę. Nic z tego. Mimo to dla mnie Stefcia ma twarz i nie jest to ikoniczna buzia Marilyn Monroe. Stefcię widzę w obliczu najsłynniejszej chyba nastolatki września 1939 roku, Kazimiery Miki (z domu Kostewicz). Jest takie zdjęcie, które wstrząsnęło światem. Zrozpaczona dziewczynka pochylająca się nad ciałem Anny, swojej 14-letniej siostry zastrzelonej przez lotnika Luftwaffe. Warto sobie poczytać i o autorze zdjęcia, i o okolicznościach jego powstania.

Kazimiera przy zabitej siostrze. Słynne zdjęcie Juliena Bryana. / źródło: wikipedia.org

Ktoś mógłby złośliwie zarzucić, że jedyne, co łączy dziewczynki, to imiona będące passé. Ech, może i tak, no nic na to nie poradzę. Ale Stefcia i Kazimiera urodziły się prawdopodobnie w zbliżonym czasie. Kazimiera we wrześniu 1939 roku miała 12 lat. Stefcia z pewnością była starsza, chociaż raczej niewiele. Ma to znaczenie o tyle, że Kazimiera Mika umarła 28 sierpnia 2020 roku w wieku 93 lat. Jest zatem prawdopodobne, że Stefcia, a właściwie pani Stefania, żyła, kiedy i ja byłem na świecie. Mało tego – kiedy byłem na świecie i już się tą historią lokalną jakoś interesowałem…

Ostatnio pisałem, że internet skraca, przyspiesza, zderza. Czekam więc. Losie, działaj!


PS Pomiędzy ostatnim a niniejszym wpisem odezwał się do mnie pan Tarlach z Chojnic, spadkobierca dawnych właścicieli kamienicy przy Hallera 3. Internet skraca, przyspiesza, zderza. Amen.

PS 2 Ceterum censeo 😉 Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.7 / 5. Liczba głosów: 9

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!