Szukając czterolistnej koniczyny. Relacja z miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc

4.8
(13)

Lato ubiegłego roku. Oblegane jeziora, renesans hamaków, wysyp okularów przeciwsłonecznych i nawał domowych, wiatrakowych jet streamów. I ja – oganiający się od komarów, wycinający korytarze w polach rozpasanej trawy, szukający śladów cywilizacji. Przed Wami pierwsza część opisu podróży po tej części powiatu, której z pewnością nie znacie…

Przystanek pierwszy

To jednak nie był ten dom.

Niby biała cegła, niby właściwe miejsce, ale… Spaleniu uległa połowa budynku jednorodzinnego znajdującego się na skraju dużego kompleksu leśnego. Tak napisali w gazecie. A tutaj dach cały no i brak lasu na skraju.

Uruchomiłem silnik. Potoczyłem się jeszcze kawałkiem piaszczystej gruntówki, wypatrując miejsca odpowiedniego do postoju. Po drodze, prowadzącej kiedyś do tamtego domu, nie było już śladu. Od obejścia dzieliła mnie niemal gładka, szeroka powierzchnia pola. Na szczęście w pobliżu przecinał ją zakrzaczony ciek. Postanowiłem więc, że pójdę skrajem nieużytku. Nierówna, zdradziecka darń szybko wyleczyła mnie z tego pomysłu. Spory kawałek przeszedłem zatem po ściernisku – świadomy, że za chwilę mogę dostać od kogoś burę, ale jednocześnie spokojny, że swoim marszem nie byłem w stanie wyrządzić glebie, bo przecież nie plonom, najmniejszej szkody.

Przystanek pierwszy

Dziwnie się tak szło. Widziałem przed sobą budynek mieszkalny, żadne ruiny; zarysy zabudowań gospodarskich, drzewa – z pewnością jakieś owocowe. Wkoło, aż po drogę, ciągnęło się łyse pole, więc ta oaza stanowiła środek ciężkości najbliższej okolicy. Grudki ziemi oraz ślady kół ciężkiego sprzętu, widoczne gdzieniegdzie, zdawały się otaczać ją niczym pierścienie planetarne; niewiele znacząca przystawka do wyspy w centrum, habitatu, domu. Mimowolnie, instynktownie czułem wtedy, że za chwilę w oknie pojawi się jakaś sylwetka, że pies zaszczeka, że coś potwierdzi to, co subtelnie przebijało się do mojej świadomości – że wchodzę z butami w czyjąś historię. To uczucie nie opuściło mnie do końca. Nawet, gdy habitat nie dał mi w jakikolwiek sposób do zrozumienia, że jestem nieproszonym gościem.

Obchód, wnętrze

Obszedłem to miejsce dokładnie. Mało przyjemne chaszcze od tyłu, zgodnie z przewidywaniami kilka drzew rodzących parchate lub robaczywe owoce. Studnia. Resztki garażu, coś, co kiedyś mogło być chlewem, trochę gruzu i śmieci. No i dom. Kamienny fundament, ceglane ściany – w jednym z rogów solidnie pęknięte, wręcz oddzielone od bryły. Brak drzwi od strony podwórza, za to od strony pola jedno skrzydło tkwiące w zawiasach, miejsce po drugim zakryte częściowo przez inne drzwi, oparte o wnękę.

We wnętrzu bałagan. Gdzieniegdzie trochę sufitu na podłodze. Niektóre pomieszczenia puste, inne zagracone sprzętami. Miałem nieodparte wrażenie, że jeszcze całkiem niedawno ktoś w tym pustostanie pomieszkiwał. W kuchni kredens, w pokoju obok łóżko i komoda. Sfatygowane, chociaż nadal solidne, z potencjałem. Po odnowieniu mogłyby cieszyć oko niejednego hipstera. Obok łóżka, przy ścianie, piec z brązowych i białych kafli. A z przodu smaczek – pierwszy raz coś takiego widziałem. Dwa otwory rewizyjne z wieczkami litrowych słojów Wecka na wierzchu. Producent: Zjednoczone Zakłady Szklarskie w Pieńsku.

Piec kaflowy i weck z owego pieca

Nikt mnie nie gonił, kiedy z powrotem szedłem polem. Oczywiście nie byłem rozczarowany tym, że nie trafiłem z „gazetową” lokalizacją. Na koniec rekonesansu stanąłem na drodze, wpatrując się w to specyficzne miejsce z weckami w piecu. Ile pracy oraz funduszy kosztowało postawienie i utrzymanie tego wszystkiego? Dla ilu rodzin to był dom? Na przestrzeni ilu lat? I jak to się stało, do diabła, że teraz to ceglana wydmuszka, pomnik, masywna przeszkoda terenowa dla kombajnu i ciągnika?

Przystanek drugi

Co się odwlecze, to nie uciecze.

Wystarczyło pojechać trochę dalej. Wytypowałem to miejsce, oglądając w internecie zdjęcia satelitarne oraz mapy. Jasna dachówka w asyście dzikiej, wyższej i niższej roślinności prezentowała się bardzo obiecująco. Wiedziałem zatem mniej więcej, czego i kiedy się spodziewać. W trakcie jazdy zauważyłem go jednak bardzo późno. Chociaż położony w pobliżu drogi, długo był schowany za zielonym węgłem. Wyłonił się zza niego szybko, niespodziewanie, z zaskoczenia. Kiedy wreszcie przed nim stanąłem, nie miałem żadnych wątpliwości – oto dom z fotografii z akcji gaśniczej.

W swoich dobrych czasach dom w tym miejscu prezentowałby się po prostu surrealistycznie. Po pożarze wyglądał natomiast na idealny plan filmowy jakiegoś horroru. Osmolona więźba dachowa, resztki dachówek, zadomowiona wewnątrz flora. Porozrzucane wkoło butelki, resztki mebli, ubrania. Ziemianka z niskim, mrocznym, złowróżbnym wejściem. Las wdzierający się powoli na teren dawnej posesji. Rozsypująca się buda przy wejściu oraz tablica na ścianie o treści: Uwaga! Budynek grozi zawaleniem. Zakaz przebywania. No i drzwi do piwnicy oraz domu – niby zabite dechami, ale tak, że w każdej chwili mogłem się spodziewać, że wyleci przez nie nietoperz lub wybiegnie cerber.

Przystanek drugi – z ładnie widocznym kominem butelkowym

Stanąłem, wsłuchując się i wpatrując w otoczenie. Tym razem moje ciało nie bawiło się w żadne subtelności. Nie bardzo miało ochotę na samotne zwiedzanie i jasno mi to komunikowało. Podobnie czułem się, warując kiedyś w brzezinie, kilkadziesiąt metrów od kikutów innego domu. Zza tego ceglanego rusztowania dla krzaków, chwastów i pnączy dobiegały dźwięki niepokojące na tyle, że nie zdecydowałem się wtedy podejść do ruiny. Niby szukałem zaginionego, ale jak na złość fedorę, bicz i skórzaną kurtkę zostawiłem na wieszaku.

Ciąg dalszy nastąpi

Tamtego lata odwiedziłem jeszcze kilka podobnych miejsc. Część z nich odkryłem dużo wcześniej, większość w trakcie ubiegłych wakacji. A wszystko zaczęło się od rejonów sąsiedzkich, przyklejonych do miasta. Wszystko, czyli i moje wieloletnie zainteresowanie wiejskimi pustostanami, i tamten sezon poszukiwawczo-rekonesansowy. Ale o tym opowiem już za tydzień.


PS Jako że nie ma co zwlekać, od razu zachęcam do lektury drugiej (tutaj) i trzeciej (części) reportażu.

PS 2 Ceterum censeo… Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam Cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej i będziesz postępował zgodnie z instrukcjami:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.8 / 5. Liczba głosów: 13

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!