Trabant nie siedzi cicho. Wspomnienia z utraconej ojczyzny.

4.9
(9)

Do sępoleńskiej biblioteki trafił zbiór wycinków z niemieckich czasopism, głównie z „Der Westpreusse” i „Bromberg”. Znajdziemy w nich pierwszorzędne opowieści tych, których głosu bardzo długo nie było u nas słychać, na głos których nałożono embargo. Teraz, w XXI wieku, ich wspomnienia związane z Sępólnem i okolicami nadal budzą emocje, choć już nie demony. Z pożytkiem dla wszystkich.

Dał nam przykład Jan Dorawa

O dużej ilości wartościowych materiałów zamieszczanych przez lata w niemieckiej prasie „sentymantelnej i rewizjonistycznej” wiedzieliśmy od dawna. Prezent, który otrzymała biblioteka, nie wywołał więc u mnie szoku poznawczego. Tak właściwie ten miły prezent przyspieszył nieuchronne – bieżące numery ważniejszego z tych czasopism, „Der Westpreusse”, od kilku lat są dostępne online. A w planach jest również digitalizacja pozostałych, archiwalnych wydań. Miło jednak ubiec to nieuchronne. Miło jest trzymać w ręku pożółkły papier, traktować go OCR-em i z wyprzedzeniem oddawać się ciekawej lekturze.

Być możesz zachodzisz w głowę, czym właściwie jest „Der Westpreusse”. I słusznie, już wyjaśniam. „Der Westpreusse” to czasopismo wydawane w Niemczech od 1949 roku, odnoszące się do historii i współczesności dawnych Prus Zachodnich. Oczywiście powstało ono z myślą o „wypędzonych”. Znajdziemy w nim wspomnienia, nekrologi, artykuły popularnonaukowe, reportaże, sporo ilustracji. Ton publikowanych tekstów był i jest różny – nie zapominajmy, kto to czasopismo tworzył i dla kogo. Jego łamy zawsze były otwarte dla wszystkich tych, którzy nie pogodzili się z utratą Prus Zachodnich. Abstrahując jednak od polityki i emocji, wartość źródłowa „Der Westpreusse” pozostaje duża i – mimo wszystko – trudna do podważenia.

Moja lektura z ostatnich kilkunastu dni. Raz jeszcze dziękuję ofiarodawcy!

Wiedział o tym wszystkim znany krajeński regionalista Jan Dorawa. W ostatnim dziesięcioleciu wieku XX i w pierwszej dekadzie wieku XXI pisał on o historii Krajny dużo i często. Był okres, że w „Wiadomościach Krajeńskich” drukowali go co tydzień. Co ciekawe, duża część tekstów Dorawy stanowiła de facto tłumaczenia z niemieckiego. I owszem, było wśród nich sporo artykułów z „Der Westpreusse”. Takie praktyki mogą budzić pewne zastrzeżenia, ale w ten sposób Jan Dorawa dostarczał nam, miłośnikom historii lokalnej, interesujące a niedostępne treści. Przy okazji otwierał okno i robił przeciąg – intelektualny i światopoglądowy. Oburzało to wielu ludzi. Dzisiaj pamiętamy o Karolewie i okropieństwach wojny, ale dojrzeliśmy chyba do oczywistego – do nie wrzucania wszystkich do jednego worka.

Trabant numerem jeden

No dobrze, a co konkretnie znajdziemy w materiałach, którymi dysponuje biblioteka? Kilkanaście czasopism luzem oraz segregator i zszywkę z materiałami dotyczącymi Pomorza (z grubsza dzisiejszego kujawsko-pomorskiego). A w nich, w odniesieniu do naszej okolicy: nekrologi, informacje bieżące, ogłoszenia sekcji „Kreis Zempelburg”, kilka artykułów dotyczących okresu powojennego, w tym kapitalną relację z podróży do Heimatu w roku 1965. Ale crème de la crème tej kolekcji ma jedną nazwę – wspomnienia.

„Wspomnienia, czyli co?” – zapytasz. Cóż, mamy tu tekst sepoleńskiego pastora Heinza Krausego, wykorzystany niegdyś przez Dorawę. Jest też drugi tekst pastora – o ile dobrze pamiętam niewykorzystany, bardziej osobisty. Gustav Pahl opisuje zimowe polowanie w Komierowie. Artur Schulz opowiada o życiu i pracy w cegielni w Wałdowie. W zbiorze zdecydowanie wybija się jednak Willi Trabant. Spod jego pióra wyszły teksty: o spotkaniu ze żmiją w Lesie Lutowskim, o zabawach plenerowych w tamtejszym lesie, o niemieckim teatrze i towarzystwie gimnastycznym w Sępólnie, oraz o sępoleńskim jeziorze zimą (razy dwa).

Artykuły Trabanta są wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze, ze względu na poruszaną tematykę. Po drugie, ze względu na mnogość przekazywanych informacji oraz – nierzadko – ich unikatowość. Trabant lubił oprzeć się na anegdocie, na informacji nie zapisanej, istniejącej wyłącznie w pamięci czy zwyczaju. No i tu przechodzimy do powodu numer trzy, czyli do stylu. A ten w mojej ocenie jest raczej typowy dla twórczości tego rodzaju. Prace Niemca cechuje wyraźny sentymentalizm, co to jednych będzie raził, innych raczej rozczulał. No mnie on rozczula. Tęsknota za domem rodzinnym bije tutaj po oczach. I ja to rozumiem, ja tego nie śmiem i nie chcę krytykować.

Kto zacz?

Idylliczny świat Williego Trabanta to obszar Sępólna, Dziechowa i Lutówka. W Dziechowie przyszedł na świat i z pewnością spędził tam dzieciństwo. Co jeszcze o nim wiemy? Prof. Mathias Niendorf w pomnikowej „Minderheiten an der Grenze” podaje, że Willi Trabant żył w latach 1902-74. Trochę więcej dowiaduję się z polskiego źródła.

Niezastąpiony Leszek Skaza w swojej publikacji o Lutówku wspomina nauczyciela Trabanta, mieszkającego w Dziechowie. W okresie II wojny światowej Niemiec przez pewien czas pracował w szkole w Lutówku, zajmował również wysokie stanowisko w lokalnej hierarchii partyjnej NSDAP. Miał to być człowiek lubiany, wykształcony w Polsce i znający naszą kulturę. A więc żaden polakożerca. W książce Leszka Skazy pada wyłącznie nazwisko; na podstawie treści z „Der Westpreusse” można wysnuć wniosek, że to właśnie Willi.

Wycieczka szkolna nad Jezioro Lutowskie, okres okupacji. Wśród uczniów znajduje się nauczyciel Trabant – pewnie Willi. Zdjęcie posiadamy dzięki uprzejmości Pana Eugeniusza Adamczyka, wielkiego miłośnika dziejów Lutówka. / źródło: CATL

Wzmianki o Trabantach z Dziechowa znajdziemy ponadto w „Gazecie Sępoleńskiej”. W nr. 90/1934 przeczytać można, że z podwórza sępoleńskiej mleczarni skradziono koło wozu roboczego, pożyczone przez chałupnika Amandusa Krügera od gospodarza Trabanta z Dziechowa. W nr. 39/1935 natkiemy się na informację, że Karola Trabanta z Dziechowa oraz dwóch innych mężczyzn skazano za „niedozwolone łowienie ryb przez głuszenie na lodzie na jeziorze p. Szczepana Kuncy w Lutowie”. No i w nr. 49/1936 znajdziemy wzmiankę o rozstrzygnięciu konfliktu sąsiedzkiego. Gustaw Bonin z Dziechowa został bowiem skazany za nazwanie „oskarżyciela prywatnego Karola Trabanta z Dziechowa złodziejem, że kradł ryby, że został ukarany jako złodziej i że nadal pozostaje złodziejem”. Bonin pisma z powyższymi uwagami wysyłał do sępoleńskiego pastora Nattera i konsystorza ewangelickiego w Poznaniu.

Exemplum

No tak, ale do pełni szczęścia przydałaby się jeszcze próbka pisarstwa Herr Trabanta, nie sądzisz? No właśnie, pytanie retoryczne. Dlatego na koniec prezentuję zdjęcie jednego z krótszych tekstów jego autorstwa. To opis przygody na sępoleńskim jeziorze. Zima, wspomnienie rozkosznego ciepła bijącego od pieców kaflowych, szaleństwa na łyżwach i pękający, ryczący przy tym lód. Wiem, że najlepiej by było wrzucić tłumaczenie, niestety nie jest to znacznie mi bliższy angielski. Wybacz – przekład na własne potrzeby a przekład dla czytelnika to dwie różne rzeczy. Ale przy okazji zapytam – może znasz niemiecki na tyle, żeby pomóc Clio w tłumaczeniach z języka naszych zachodnich sąsiadów? Każda pomoc mile widziana!

Willi Trabant: Ryczący lód jeziora – zimowe wspomnienie Sępólna / źródło: „Der Westpreusse” (CATL)

PS Jeśli lubisz historie z prasy wzięte, zachęcam do przeczytania wpisu o Stefci (tutaj i tutaj)!

PS 2 Ceterum censeo 😉 Na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólną wycieczkę po przeszłości. I hej – od razu zapraszam cię na kolejną! Jeśli możesz mi w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu strony (inspiracja, materiały itp.), to poproszę. A jeśli uważasz, że niniejszy wpis lub moja działalność są warte dobrej kawy, to też da się z tym coś zrobić. Zawsze możesz postawić mi wirtualnie małą czarną, nie obrażę się. Wystarczy, że klikniesz poniżej:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak oceniasz ten post?

Kliknij na gwiazdkę, żeby ocenić post!

Średnia ocena 4.9 / 5. Liczba głosów: 9

Jeszcze nikt nie ocenił tego posta. Bądź pierwszy!